Ludzi w domu mieli kilku, broń nawet od wypadku, kamienica była zamczysta, nie było się czego obawiać tak dalece...

A jednak Dobek, nawet po wyjściu Tyszki, okazywał obawę i niepokój. Laura wyczytała to z jego twarzy, i próżno starała się wybadać a uspokoić ojca.

— Jestem tu sam z tobą jedną tylko, oboje wśród ludzi obcych a nieżyczliwych, nie ma tu dla nas bezpieczeństwa; należało albo na wsi siedzieć, lub za granicę jechać — regent mi to jeszcze teraz doradza.

— Zatem przyszłoby się wyrzec wszystkiego! zawołała Laura; bo powierzywszy obcym prowadzenie interesu, nieochybniebyśmy byli jeśli nie zdradzeni, to zaniedbani. Cóż tu grozić może?

Dobek nie mówił nic, ale wzdychał ciężko... Laura wydobyć z niego wyrazu nie mogła... Wieczór cały zszedł na takich rozmyślaniach ponurych.

Następnych dni nie można było opuścić starego, tak niepokój w nim chorobliwy wzrastał; po dwa i trzy razy posyłał po regenta, który się niezmiernie stosunków z nim obawiał, bo się na świecie lękał wszystkiego, co spokojowi zagrozić mogło; Laura biegała do Tyszki, a ten przychodził dodawać otuchy, i choć na chwilę p. Salomon zdawał się nieco lepszej myśli, wnet mu te przeczucia nazad powracały. Nigdy w życiu wielce ze swobody jaką miał nie korzystał, a jednak obawa więzienia była zmorą niedającą mu spoczynku. Długie lata spędziwszy w Borowcach, umiejąc żyć tylko tam, gwałtownie pragnął powrócić... a niecierpliwiła go zwłoka i sama myśl, że powrót mógłby się stać niemożliwym. Słowem Dobek był w usposobieniu takiem, że go na chwilę samemu sobie zostawić się lękała Laura, a jeśli odchodziła, posyłała Eliasza, aby mu nie dał temi gorzkiemi zabijać się myślami. Rozdraźnienie to zamiast uspakajać się rosło, p. Salomon stawał się niemal dziecinnym, płakał, ręce łamał, czekać nie chciał, gotów był płacić, okupić się, byle raz wyjść z tej niepewności. Pośpiech był niepodobieństwem tam, gdzie każdy krok nowy stawiąc, grunt wprzódy dobrze opatrzyć było potrzeba, aby fałszywym sprawy nie popsuć. Georges odprawiony po raz pierwszy, przyszedł nazajutrz powtórnie; Laura przyjęła go sama.

— Kawalerze Georges, odezwała się surowo nań spoglądając: mógłbyś sobie u mnie na wielką wdzięczność zasłużyć. Mam interes ważny mojego ojca, od którego wypadku spokojność jego i moja zależy... chciałabym pozyskać sobie względy hetmana... Możesz z nim mówić o tem?

— Ale pani sama możebyś chciała widzieć się z panem hetmanem?

— Gdybym wiedziała, że mnie przyjmie, i że będzie na nas łaskaw?

— Ja sądzę, że to nie ulega wątpliwości.