— Spytaj go pan... zobaczymy...

Nie dozwoliwszy Georgesowi zbytecznie się rozczulać bo jak z dzieckiem się z nim obchodziła Laura, dała mu rękę do pocałowania i odprawiła do hetmana.

Pan hetman w Warszawie a Emilopolu, były to cale dwie różne postaci. Tam on, u siebie, był panem wszechwładnym; tu jednym z tysiąca wszechwładców, tak dobrze przez historyka królewiętami nazwanych. Swoboda i dobry humor wiejski rzadko kiedy mu tu służyły, wyobrażał sobie, iż miał nadzwyczaj wiele do czynienia, że obarczony był pracą, a każdy obowiązek do godziny przywiązany, na dwadzieścia cztery wprzód humor mu psował. Oprócz tego brakło mnóztwa rzeczy i osób, do których był nawykły, a innych miał za wiele. Pałac nie był dlań dogodny... Musiał chodzić na obiady cudze, a te wszystkie mu się szkaradnemi wydawały. Trybulacje te wpływały na zdrowie delikatnego hetmana, a stan jego oddziaływał na usposobienie. Ogromne wydatki nie pomagały także do dobrego humoru. Georges zawsze wielce ulubiony przybranemu ojcu, nie tak łatwy miał tu przystęp, ani taką pewność, że co chce to wyjedna. Trzeba było umiećchwilę sposobną wynaleźć, przystęp i ucho łaskawe. Wymagało to czasu.

Georges rozpoczął od tego, iż o przybyciu Laury o jej historji o tyle, ile od niej mógł się dowiedzieć, opowiedział.

— Już pewnie musiałeś odnowić znajomość, rzekł hetman — hm?

— Widziałem piękną Laurę...

— I będziesz się bałamucił na nowo... dodał hetman; c’est très fàcheux.

— Gdyby ją pan hetman widział ubraną po kobiecemu...

— Ale cóż dalej? co dalej? zapytał hetman trochę niecierpliwie; ładna? śmiała? czarująca? ale to przecię jedna z tych kobiet, około których nie ma co biegać, jeśli się nie myśli żenić!

— A — dla czegożbym się nie mógł ożenić, gdyby tylko mnie przyjęła?