— Prosta szlachcianka...

— A zkądże owe kapitały?..

Tyszko ramionami ruszył.

— Gdzieś to tam w zapadłym kącie kraju snadź pokolenia długie zbierały, a tragiczna historja na świat dobyła.

— No, jakeś poczciw! powiedźże mi historję?...

Właśnie Tyszko miał już zacząć swą powieść, gdy wpadł elegant śpiesznie, zobaczył go, zawołał:

— W tej chwili pan baron będzie służyć — i — dając znaki niecierpliwe, chciał Tyszkę do dalszych pokojów z sobą zaprosić. Tyszko udawał, że nie rozumie.

Wojewoda szpiegował ruchy.

— Mój mosanie, odezwał się, nie koś sobie oczu nadaremnie: pan Tyszko, zacny człek, dawno mi jest znany. Opowiedziałem mu dla przestrogi o moich pięciu tysiącach, i odpadła go ochota lokowania u was kapitału pupilli.

Na to nic nie odpowiadając elegant, poszedł do pulpitu, stanął, założył nogę na nogę i bardzo szparko pisać coś zaczął, jakby go to wszystko wcale nie obchodziło.