Ciągle głową potrząsając, mrucząc i kwasząc się weszli w końcu do mieszkania starego. Obejrzała się uważnie pani. Drzwi od sypialni były zamknięte. Kazała je sobie otworzyć. Tu spostrzegła żelazne do lochów wejście.

— A to co jest? spytała.

Salomon się zamyślił.

— Tędy, rzekł, idzie się do lochów.

— Z winem?

— Nie... nie... Są tam różne schowania, i... dodał: no, i groby...

— Jakto! groby? zawołała przestraszona, żegnając się; groby? pod domem?

— Nie pod domem, chmurno odparł Dobek: pod zamkiem i dziedzińcem są groby; ale o tem dość, to do pani nie należy.

— Przepraszam cię, kochany Salomonku, uśmiechając się przerwała jejmość: do mnie jako do pani domu, będzie należało wszystko.

— Tak! tak! stanowczo odparł stary: oprócz lochów i co w nich jest... to familijne nasze pamiątki.