— Mamy pewną robotę — odezwał się Suchy bardzo ozięble i z krwią zimną — trzeba nam twojej pomocy.
— No coż tam? zapytał ciągle skacząc w około ognisty przybysz — a Bartłomiej ledwie dyszał.
— Trzeba nam twojej pomocy — mamy robotę, której ty jesteś przewodnikiem i zawiadowcą.
— Czy tylko ta bagatel? rzekł djabeł rozgniewany, to na cóżeście mnie wołali — Tfu! wyprowadziliście mnie o dwieście mil drogi, dla takiego błazeństwa.
— I jest tu przytém jeden nowiciusz, który ci oddaje swoją duszę.
— Aha! aha! krzyknął ze śmiechem przeraźliwej radości djabeł — to dobrze, bravo! — i skakał jak szalony — dajcież mi go tu — tu! a Bartłomiej mało ze strachu Bogu ducha nie oddał; chciał się przysiąść bliżej Ruperta, padł na wznak, pośliznął się, i jedna noga wyszła za koło. Jak błyskawica szybki djabeł chwycił go za nogę — ale przytomność umysłu zbawiła Majstra — szarpnął nogą, a djabłu został się tylko w ręku bót dziurawy!!!
— Masz szczęście, zawołał Rupert do niego, Pan Gimmel jużby cię ztąd daleko wyprawił, gdyby nie twoje szerokie bóty, jużbyś nie żył. Trzymaj się środka koła, bo my tu tylko pewni!
— Przysięgajże stary gapiu! wrzasnął djabeł, a Suchy wziął książkę i czytał przysięgę, którą za nim w języku Chaldejskim powtarzał Majster drżącym głosem. Jak tylko skończył, djabeł zniknął i wiatr tylko za nim poleciał jak szalony, i dotąd niewiadomo czy go dogonił.
— No! wracajmy — zawołał Majster.
— Hola bracie! odparł Suchy, nie spiesz się tak do swoich szkatułek — jeszcze tuśmy nieskończyli — musim gotować miksturę dla naszego pacienta. To mówiąc przystawił kociołek i wiatr zerwał się szalony. O mało krzyż się nie zwalił, deszcz lunął jak z wiadra, ale w kole deszczu nie było, chociaż lał strumieniami o trzy kroki; piorun bił po piorunie — Błyskało, całe piekło się zburzyło — a Bartłomiej mało nie omdlewał ze strachu.