III

Już była druga z północy — Bartłomiej wracał do domu i leciał po ulicach sam jeden jak odurzony, aż nareście stanął przed bramą.

— Puk, puk, zastukał do drzwi — cicho jak w grobie — puk, puk, znowu powoli, żeby sąsiedzi nie usłyszeli — nie ma nic. Krew P. Bartłomieja zawrzała odrobinę, znowu puk, puk; ani słychu o otwieraniu bramy. Zaczyna więc mocniej, nie już palcem, ale pięścią — i to nie pomaga — raz, drugi, trzeci — napróżno. Niecierpliwość rośnie, a wstyd obudzić sąsiadów, choć rosa ranna dojmuje djabelnie — Zdecydował się nareście P. Majster — wali we drzwi pięściami co sił staje, czasami nogami sobie dopomaga; zmęczył się jak koń młyński, spotniał, pieni się, zły, szturmuje — a nikt nie otwiera.

Raz już szturm zacząwszy, trzeba go kończyć przededniem, żeby wschodzące słońce, podedrzwiami domu własnego go nie zastało, żeby całe sąsiedztwo nie gadało, że Majster Bartłomiej nie nocuje w domu i wraca nad rankiem — Stuk! hałas! sąsiedzi pobudzili się, wyglądają oknami poziewając, a Bartłomiej i rękami i nogami szturmuje co sił staje — coraz niecierpliwiej, bije, stuka i wrzeszczy — „Otwórzcie! hej! otwierajcie! no! otwórzcie! no! odemknijcie! hej! odmykajcie!”

— Hej! sąsiedzie! odezwał się głos chropawy kaszlem przerywany z jednego okna — porzuć to — bardzo proszę. Brzydkie życie prowadzisz, nocami włóczysz się po mieście, i sam nie spiąc, nam jeszcze spoczynek przerywasz.

— Patrzcie tego osła! odezwał się cieniuchny głos z drugiego okna, całą noc nie spałem, ledwie com się zdrzemnęła nad rankiem, aż tu ten grubijanin znowu mi spać nie daje — O! przeklęty bałdyga!

— Pa-pa-nie — są-sie-sie-dzie-dzie, trzęsącym, zająkliwym ale tubalnym głosem wołał któś trzeci — niech cię wszys-cy-cy dia-diabli wezmą, z twoi-im-im stuka-ka-niem-em, Ci-ci-cho b-bałwa-a-nie!

A Bartłomiej jak bił tak bił.

— A kto tam? odezwał się nareście głos z okien domu P. Bartłomieja.

— To ja — odpowiedział szybko Bartłomiej.