— Któż? ozwał się głos znowu.
— Ja — Majster Bartłomiej — Pan tego domu — ośla głowo — i basta — czyli basta i głowa ośla — hę? czy mnie nie poznajesz po głosie.
— Oczewiste kłamstwo — rzekł znowu głos z okna, Majster Bartłomiej już dawno przyszedł do domu, i smaczno zasypia.
— Ach! łotry otwierajcie, bo wam jutro łby potłukę.
— To oszust — odezwano się znowu, chce się wkraść do domu, żeby co ukraść, ale mnie nie oszukasz — muszę dobrze domu pilnować, i niepuszczę, chociażbyś o mur bił głową — a jeśli sobie pójść nie zechcesz, zawołamy pachołków, żeby cię do sądów Ławeckich odprowadzili.
— O przeklęta nocy! krzyczał Majster osłupiały ze złości, pieniąc się prawie — przeklęta, stokroć przeklęta nocy!! — i stał niewiedząc co robić podedrzwiami, a okno zamknęło się, sąsiedzi poszli spać — Majster został się sam jeden na ulicy, siadł, na ławie, wzdychał, płakał i usnął ze znużenia.
Nad samym rankiem, obudził się Majster ze snu, i obejrzał się po sobie i koło siebie. Mnóstwo ludu gromadziło się w około, patrząc z podziwieniem na niego: na jednej nodze nie miał bóta, suknie jego były czarne jak węgiel, galony u kapoty pordzawiały, włosy nieco miał osmalone, a suknią prócz tego podartą.
— Hej! ozwał się któś z tłumu — Majster gdzieś był na piwku.
— O! odpowiedział drugi, musiał się wczora zalać porządnie.
— Patrzajcie, zawołał trzeci — powraca pewno z bankietu, obejrzyjcie no mu uszy, czy ma całe.