Tak krzyczano, a Majster Bartłomiej, był pośmiewiskiem pospólstwa, wstał nareście z ławki, i wszedł do domu.
Sciemniało się już tegoż samego dnia, kiedy synowica Bartłomieja Hersylia, siedziała w swojej komnacie. Była to izba niewielka, z dwoma kraciastemi oknami. Dwa stoły marmurowe i trzy stołki wyplatane trzciną, zdobiły ją. Na szybach okien pomalowane były znaki Zodyaku: sufit wyobrażał systema Tychona, na stole widać było kule, globy, leżały cerkle i ksiąg kilka, przy ścianie stał szpinet, lira i arfa. Hersylia siedziała sama jedna zadumana, przed rozwartém oknem i wzdychała — sliczny był wieczor — Hersylia nadstawia ucho, któś idzie po schodach — serce uderzyło mocniej — to on! — Oboje spotkali się na środku pokoju, oboje mieli wzrok czuły, obłąkany. Tobiasz był wysoki, piersisty ale blady — oczy miał żywe i czarne. Hersylia była brunetka, średniego wzrostu, miała oczy wymówne, jak najczulszej Włoszki, kibić Atalanty. Podała rękę kochankowi, on ją pocałował i rzucając na ziemię kapelusz, zawołał.
— O moja luba! nieuwierzysz jaki mię ogień pali, pragnę, palę się cały — dwa dni niesłyszałem muzyki! zagraj proszę cię cokolwiek.
— Dobrze moje serce! rzekła wzdychając i biorąc arfę powoli. Chciała grać i ręka jej zastanowiła się nad strunami, sparła głowę i zadumała się posępnie.
— Tobiasz otworzył szpinet i zaczął grać sławnego Claboniego melodiją wrzącą, czucia pełną. Arfa milczała jeszcze, ale kiedy Tobiasz1, zniżył głos, kiedy cichemi tony odezwał się z melancholijną Canzoną — arfa ożyła, i tak rosła w silnych odgłosach że szpinet z prymu, na wtór zeskoczył. Muzyk pałał cały, jego dusza zdawała się czuć i połykać tony, nim je usłyszał. Oczy iskrzyły się, wytężały się wszystkie żyły; nic nie czuł, nic nie widział, nic nie słyszał, tylko harmonią, której wyobraźnia dodawała wdzięku.
Lecz nagle, arfa ustała, a Tobiasz zleciał z nieba na ziemię, opuścił ręce i oglądał się w około z podziwieniem.
— Czy już dosyć — moje serce? zapytała Hersylia.
— Dosyć! rzekł z cicha wzdychając Tobiasz — dziś ja grać będę jeszcze u Kazanowskich wieczorem.
— Więc się dziś wcześnie rozłączym! rzekła smutno Hersylia.