— Jakto, rozłączym? zawołał powstając z zapałem Tobiasz, alboż dusze nasze nie są zawsze razem?
— Hersylia westchnęła tylko. Tobiasz chodził szybko po pokoju, rzucał ogniste spójrzenia i usiadł nareście, Hersylia zbliżyła się ku niemu, wzięła go za rękę i milczeli!
Drzwi się otworzyły, wszedł Rupert. Musicie pamiętać jego garb, ogromną głowę, ręce cienkie i długie, i nożki jak badyle. Otoż Rupert uśmiechnął się wchodząc i usiłując przybrać powabną minę, aby się przypodobał — skłonił się i przystąpił bliżej — Oczy Tobiasza zapłonęły gniewem, ale przybyły nieuważał na to i zaczął być natrętniejszym, siadał, wstawał, chodził, nucił, przypatrywał się, uśmiechając Pannie Hersylii.
Tobiasz się niecierpliwił, bo Rupert przerwał mu słodką chwilkę, patrzył nań ostro i oka z niego na chwilę nie spuścił. Hersylia tym czasem nie zważając nań bynajmniej, sparła się na ramieniu kochanka i nie patrzyła nawet na przybylca. Czoło małej poczwarki chmurzyło się widocznie, tupnęła nogą, żeby przecie choć jedno pozyskać spójrzenie, i odezwała się po chwili.
— Panna Hersylia powinna być grzeczniejsza; bo ją przed stryjem oskarżę.
— Milczeć!.... rzekł poważnie i zimno Tobiasz.
— Panna Hersylia mnie nie słyszy — odezwał się znowu uparty.
— Milczeć! powtórzył Tobiasz groźniej, ale z równą powagą, nakazującym tonem.
— Ty sam milcz śmiałku — wrzasnął przeraźliwie Rupert łupiąc oczyma i wyciągając ręce — milcz bo cię zgniotę, i oknem wyrzucę.
Tobiasz zamilkł, powstał powolnie z krzesła i zbliżył się do małego garbatego, który nie wiedząc jeszcze co z tego będzie, cofnął dla wszystkiego parę kroków. Młody muzyk tym czasem chwycił go silnie za kołnierz i milcząc ciągle, bez najmniejszej oznaki gniewu, prowadził go, a raczej wlókł do szafy.