Rupert szamotał się jak mysz w połapce, ale silna ręka go trzymała, musiał się poddać.
— Puść! puść mię, moje serce na miłość Boga, zawołał przerażony, puść mię moje serce, bo ci kości pogruchoczę. Tobiasz milczał, otworzył szafę, wepchnął do niej Ruperta, zamknął na zamek i wrócił powolnie do kochanki. Przez cały czas, któren trwała utarczka, Hersylia nie patrzyła nawet na nich, a kiedy Tobiasz się zbliżył, wzięła go za rękę i znowu usiedli w milczeniu, patrząc tylko niekiedy na siebie.
— Uf! uf! aj! oj! odezwał się głos z szafy — nu! aj! puść mnie, przysięgam ci na wszystko, że tu więcej noga moja nie postanie — nie mam czasu — to złe żarty panie Sandomierczyku!
— Milczeć — odezwał się znowu Tobiasz bardzo gwałtownie, milczeć, bo ci łeb roskwaszę!
— No! aj! mój najmilszy, mój dobrodzieju! puść mię — dam ci co chcesz, dam ci pieniędzy.
Tobiasz ruszył ramionami z politowaniem, a Rupert dusił się, krztusił, łajał, rzucał się, bił w szafę, ale nikt na to nieuważał.
— Zlituj się, jeśliś poczciwy człowiek — rzekł płacząc prawie, raz jeszcze Rupert — mam pilny interes.
— No! słuchaj! zawołał grzmiącym głosem Tobiasz, jeżeli twoja noga postanie jeszcze kiedykolwiek w tej komnacie, jeżeli się odważysz być natrętnym Pannie Hersylii — pamiętaj, ze cię tak uczęstuję, ze Ruski miesiąc popamiętasz.
Czy słyszysz?
— Słyszę — słyszę, tylko puszczaj — wołał Rupert, bo się uduszę, niech mię nadal Pan Bóg uchowa od tego domu i od was wszystkich.