— Prowadzim cię do domu.
— A cóż u djabła tak daleko — a domu nie widać.
— Już blisko.
Szli — szli — prawdziwie nawet nie wiem którędy i dokąd, dość, że wedle opowiadania Bartłomieja, szli przez miasto, bo ile razy P. Majster oczy otworzył, widział, albo raczej zdawało mu się, że widział — domy. Nakoniec, sprzykrzyło się im P. Bartłomieja prowadzić i Rupert się odezwał.
— Twój dom, ztąd o trzy kroki — bądź zdrów.
— Umhu! mruknął Majster i usiłował iść prosto przed siebie, walcząc ze swemi nogami, jak człowiek który chce przejść bystry strumyk — uszedłszy trzy kroki, znalazł bramę, a że — po nocy wszystkie krowy czarne — nuż bić w tę bramę — stukał, stukał — otwierają.
— A kto tam? pyta głos ze środka.
— Ja — odpowiedział pijany pukując się gwałtem do bramy — ja ma-Majster B-bar — reszta skonała na wargach.
— Chodźże tu, Waść, chodź! odezwał się głos — i Majster wszedł, wzięli go pod boki — poprowadzili, położyli, a Majster chrapnął, jakby od lat czterech oka nie zmrużył.
Około południa budzi się — ogląda — przeciera oczy.