— Coż u licha — Hę? Szymon! Szymon! hę! — hę! Szymon, ha! — cicho, nikt nieodpowiada, zaczyna wstawać — ogląda się.
— Cóż to? cmętarz nad rozstajną drogą! i ja spałem na grobie przy dwóch trupich głowach! W Imie Oyca i Syna! To mówiąc, porywa z pod sukni konwulsyjnie różaniec, żegna się, leci, co siły z tarczą — mija bramę, nie śmiejąc patrzyć za siebie — trzepie pacierze i spocony, zmęczony, zlękniony, w pół żywy, przybywa nareście do domu.
V
Przed samémi drzwiami domu P. Bartłomieja, spotkali się tegoż ranku Suchy z Tobiaszem, obydwa wchodzić chcieli i zdziwili się, że dążą ku jednemu miejscu.
— Cóż to, wujaszku! odezwał się Tobiasz — do kogoż masz interes w tym domu?
— Cóż to, siostrzeńcze? co cię tu prowadzi, zapytał prawie jednocześnie Suchy.
— Ja idę do Majstra Bartłomieja.
— A ja do jego synowicy.
— Cha! cha! odezwał się Suchy śmiechem więcej do kaszlu, jak do śmiechu podobnym — podobno ładna dziewczyna — a zapewne zdaje się powolną i łagodną jak baranek, kiedy ludzie na nią patrzą? cha! cha!
— Sliczna! boska! cudowna! wujaszku! odpowiedział żywo Tobiasz, nim jeszcze Suchy skończył pytanie.