— Zdrowa, mój panie — odpowiedział Bartłomiej — zdrowa dzięki Bogu, czyli Bogu dzięki, iż ma dobre zdrowie, albo dziękować należy Najwyższemu, iż ją przy zdrowiu zachowuje.
— I, porzuć Wasze, te swoje baje — przerwał Rupert, mam ci cóś ważniejszego powiedzieć — ja chciałbym się żenić z twoją synowicą.
Bartłomiej wytrzeszczył oczy i uszy nastawił — kto? — zawołał nareście — ty mała poczwaro?
— Ja! rzekł ze śmiechem mały — ja sam — chcę się żenić i kto wie, może się ożenię.
Spiew, który blisko drzwi dał się słyszeć, przerwał rozmowę, i w parę chwil weszła dziewczyna młoda ładna jak Madonna Rafaela, z obłąkanym wzrokiem, ubrana w bieli, z rozrzuconemi włosami.
Weszła i stanęła wpatrując się w Ruperta, który się zgarbił, otworzył oczy, jakby ją niemi chciał połknąć, i pokazał z uśmiechającej się gęby, długi regestr czarnych zębów.
— Dobry wieczór — rzekł chropawym głosem Rupert — widziałaś się Panna zapewne dzisiaj z Tobijaszem.
— O! widziałam się odpowiedziała dziewczyna — mój Tobijasz codzień mię odwiedza.
— No! a czy wieszże Panna najświeższą nowinę? zapytała się poczwarka przybliżając.
— Jaką?