— Że ja się żenię.

— Do prawdy??

— Najpewniej, żenię się z Waćpanną.

— Któż to Waszmości powiedział — zapytała dziewczyna poważnie — proszę sobie tę nowinę wybić z głowy — pierwiej Turcy modlić się będą w kościele Panny Maryi, nim się to sprawdzi.

— Zobaczym! rzekł Rupert ruszając ramionami, a dziewczyna wzięła z kąta ogromną leżącą tam księgę i wyszła.

— Majstrze Bartłomieju! zawołał Rupert — czy lubisz złoto?

— Złoto — odpowiedział zagadniony z miną, jaką ma Samarytanin w obrazie Rafaela Sgo Jana każącego na puszczy — złoto, jest kluczem do świątyni szczęścia, czyli kluczem do świątyni szczęścia, jest złoto, albo, złoto jest kluczem, który nam drzwi do świątyni szczęścia otwiera — jakbym go miał nielubić?

— Chciałżebyś go zarobić tyle, ile się niepomieści w największy twój kufer, ile go nieboszczka Pani Bona nie miała?

Oczy Bartłomieja zajaśniały, jak dwie pochodnie.

— Siadaj Panie Rupercie, siadaj, zawołał, czyli bądź siedzącym, albo, niech ten stołek będzie tobie siedzeniem — mów, mów, gdzie jest to złoto??