— Złoto, odpowiedział powolnie Rupert wlepiając w niego jaskrawe oczy — złoto — jest u ciebie w szkatułkach!

Majster zniecierpliwiony i oszukany w oczekiwaniu, porwał się z krzesła trzęsąc ogromnym brzuchem.

— Ja, rzekł płaczliwie, jestem ubogi, bardzo ubogi, ja nie mam złota, czyli złoto nie jest u mnie, albo, nie u mnie złota szukać należy!

Mały siedział i z złośliwym uśmiechem radości wpatrywał się w męczarnie Majstra, który niespokojny o swoje złoto, przybliżał się coraz ku miejscu, w którém jego skarby zostawały, aby ich bronić swoją osobą.

— No! przysiągłeś — rzekł nareście Majster Bartłomiej obracając się ze swego stanowiska do Ruperta — kiedyś jeszcze dzwonił zębami przed bramą, przysiągłeś, mówię, że mię ciągle dręczyć nie będziesz, a teraz niedotrzymujesz słowa.

— Jak to niedotrzymuję? rzekł Rupert, czyliż mowa o złocie, tak ci jest nie miła? Ale — dodał, mówmy wyraźniej, mogę do twoich skarbów, przydać tyle, ile ci się podoba, jeśli się podejmiesz być pomocnikiem w pewnej delikatnej sprawie.

— Cóż takiego? ciekawie zapytał Majster.

— Będziesz mi pomagał, przerobić jednego starca, na młodego człowieka.

— A któż to potrafi?

— Ja — rzekł uśmiechając się Rupert.