Bartłomiej z wielkiego podziwienia oczom swoim niewierzył: wprowadzono jego postać na stos, a Rupert i Wojewodzic zachęcali lud do podkładania ognia — zapalono wreście, ale dla wilgoci ugasło wkrótce; nakoniec po wielu próbach buchnęły płomienie, objęły spód stosu — a postać uwiązana u słupa przemieniła się w kul słomy — Lud żegnał się, i padł na kolana z podziwienia.
— Czary! czary! wołano zewsząd — wybiegli księża kropić wodą święconą — stos płonął powoli, a kul słomy stał nieporuszony.
W kilka godzin nareście spłonął i on, a na rynku została się tylko kupa popiołu.
— Teraz idź do źwierciadła — odezwał się Suchy do Majstra — Majster był posłuszny jak dziecko, spójrzał i rozśmiał się głośno.
— Cha! cha! cha! podobniuteńki teraz wyglądam jakoś do nieboszczyka brata mego! ale jakim u licha sposobem takem się odmienił? Niespokojność go opanowała, chodził ciągle do źwierciadła, kładł rękę na czole, ustach, twarzy, macał się, oglądał i mruczał — Czy to ja, czy to nie ja? hm! zdaje się ja? (tu spójrzał w lustro) nie! to nie ja. A! rozumiem nakoniec, rzekł sam do siebie — odmieniło się moje powierzchowne ja, ale wewnętrzne ja zostało jak było!
— Chodźmy teraz do twojej synowicy, rzekł Suchy — czekają nas z obiadem.
— Idę, ale niepojmuję, jak ja potrafię chodzić mego brata nogami, gadać jego gębą, machać jego rękami!
Umilkł Majster nareście i szli w zamysłach — mijali rynek, na rynku już było niewiele ludu, kilku tylko namiestników tam i ówdzie gawędziło o spalonym czarnoksiężniku z nadzwyczajnemi dodatkami; a pachołcy zmiatali popiół z rynku do wykopanego dołu. W godzinę zaś Kraków był znowu cichy i milczący.
Przypisy:
1. Tobiasz — ten Tobijasz z Sondomierza, był śpiewak i muzyk nadworny Zygmunta III. Patrz Siarczyński, Bentkowski, Niemcewicz. [przypis autorski]