— Nie czas teraz myśleć o pieniądzach — przerwał Suchy — idź za mną.
Bartłomiej podniósł nieco głowę ze słomy i płacząc zawołał — Więc ciebie przeznaczono, żebyś mię na śmierć prowadził!
— Ale mówię ci i powtarzam raz ostatni, tonem nakazującym rzekł Suchy — idź ze mną — a o resztę nietroszcz się cale, będziesz miał życie i — pieniądze!
— I pieniądze! wykrzyknął porywając się z kąta Majster — idę, idę.
— Jeszcze słowo — rzekł Suchy, biorąc go za rękę — przez całą drogę aż do domu, do którego cię zaprowadzę, ani słowa nie waż się mówić — bo zginiesz.
— O! będę milczał — rzekł Majster Bartłomiej — jak posąg, jak kamień — Gdy to kończył mówić, mniemany pielgrzym wyszedł z więzienia i dał znak pachołkom, że czas więźnia prowadzić. Bartłomiej półżywy, ale milczący, mocno się dziwił, że go straże przepuściły, a lud z uszanowaniem korzył się przed jego towarzyszem. Szli tedy spokojnie — Suchy wprowadził go do jakiegoś domu i otworzył okno, mówiąc.
— Patrz Majstrze!
Bartłomiej postąpił do okna — Lud wydawał okrzyki — na rynku ukazał się Rupert w aksamitnej sukni i Wojewodzic; szli naprzód jako oskarżyciele, za nimi pachołcy jakąś grubą prowadzili figurę.
— Ach! dalibóg — krzyknął zdziwiony Majster — toż to mnie na stos prowadzą — niech mię piorun trzaśnie — patrzaj, patrzaj — ten sam nos — oczy, gęba, ręce, suknia, ten sam brzuch! co to jest! toż to ja! i to ja! rzekł macając się po brzuchu!
— Cicho, cicho, przerwał Suchy — tamtego spalą — jest to tylko kul słomy, na którym spałeś — a ty będziesz cały — patrz uważnie.