— Do zobaczenia — rzekł — bądź zdrów Tobiaszu — i ty moja pani — idźcie spokojnie do domu — przygotujcie obiad, przyjdę do was z twoim stryjem. To powiedziawszy oddalił się szybko, przeleciał dwie ulice, wszedł do odosobnionego domku i po kilku minutach wyszedł z niego w sukni pielgrzymskiej z paciórkami u pasa, boso, w grubym habicie, z koszturem w ręku. Wyszedł zbliżył się do tłumu, a lud ustępował mu miejsca z pokorą — wszyscy na niego tylko mieli zwrócone oczy; niektórzy prosili o błogosławieństwo, inni, całowali szaty — i wkrótce pielgrzym zajął całą uwagę, a na stos nikt prawie niepatrzył.

Pielgrzym przecisnął się przez środek tłumu, i bez przeszkody stanął u bramy więzienia, które wychodziło na rynek — zapukał i wszedł mówiąc, że idzie spowiadać winowajcę. Ustąpiono z drogi, Suchy stanął w małej izdebce, oświeconej jedném kraciastém oknem, w której na kulu słomy, leżał szlochając Majster Bartłomiej.

Izdebka była ciasna, wysoka, mury składające ją czarne i pleśnią okryte, okno wąskie i długie patrzyło na ten grób przyćmioném okiem. W kącie leżał kul słomy, na nim Majster zwinięty w kłębek, przy nim, dzban i para sucharów.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — odezwał się wchodząc Suchy.

— Na wieki! odpowiedział grobowy głos z kąta więzienia, a mury puste jęknęły także — na wieki!

— Grzeszniku, mówił dalej Suchy — wstań, odziej się, i proś Boga o przebaczenie.

Płacz tylko odpowiedział na to wezwanie — Suchy nakoniec zwykłym sobie głosem odezwał się — no! Majstrze! wstawaj i chodź ze mną — czyli to mnie już niepoznałeś?

— Ach! znam cię na moją biedę — ty człowiecze, który niegodziwemu Rupertowi dopomagałeś w jego psich sprawach, niezwiedziesz mię więcej.

— Słuchaj — Majstrze — powtórzył mocniej Suchy — czas upływa — jeżeli mię słuchać nie będziesz, zginiesz nieomylnie.

— Na co mnie życie — na co mnie życie, zawołał Bartłomiej, kiedy moje pieniądze sędziowie rozkradli.