Roku 1625 w samo porównanie jesienne, to jest: w lat pięć po wypadkach opisanych na początku — lud, mieszkańce, ormianie, żydzi, wieśniacy z okolic cisnęli się na rynek. Dzień był dżdżysty, pochmurny — a jednak ulice pełne były ludu, naokoło w oknach, na dachach, na kominach czepiali się ciekawi — a na rynku wznosił się stos drzewa i słup w pośrodku, do którego winowajca miał być przywiązany.

Męszczyzna suchy, blady, chudy i wywiędły, stał na ustroniu okręcony płaszczem i w milczeniu rzucał naokoło spójrzenia pełne ognia i powagi.

Nieco dalej widać było młodego męszczyznę i piękną kobietę zapłakaną, z dziecięciem na ręku. Ta para zbliżała się właśnie ku miejscu gdzie stał wymieniony męszczyzna, kiedy młody człowiek krzyknął z podziwienia i rzucił się na szyję chudemu.

— Ach! wujaszku! zawołał, po tak długiej niebytności, w jakąż chwilę okropną przybyłeś do Krakowa. Czy widzisz ten stos, to pospólstwo.

— Niestety! przerwała młoda kobieta z płaczem, to mego stryja oczekują tylko, to dla niego zgotowano.

— Co? zapytał Suchy — o cóż go obwiniono?

— O czary! rzekł westchnąwszy młodzieniec — pieniądze nadewszystko cenił i te go zgubiły. Podjął się jakiejś przeklętej roboty, której nawet pojąć nie można, ubił jakiegoś starca i skazano go na śmierć!

— Biedny człowiek! rzekł Suchy westchnąwszy, a czy nie możnaby się z nim widzieć?

— Tylko co od niego wracamy — odpowiedział smutnie młodzieniec — teraz posłano szukać księdza, ale nikt się niechce podjąć spowiadać go, przystąpić nawet do niego każdy się lęka.

Oczy Suchego zajaśniały nagle dzikim ogniem radości.