— Waszeć tu — rzekł do Tobiasza — chcesz Pana udawać — Mości muzykusie — idź precz! a godniejszym ludziom nie zawalaj drogi!
— Ej ostróżnie! ozwał się muzyk z krwią zimną — ja cierpię, ale ukarzę — czy dawno wylazłeś z szafy?
Na wspomnienie szafy Rupert zbladł — westchnął głęboko i skrył się. Wojewodzic tymczasem kłócić się zaczął, a Bartłomiej stał we drzwiach, gotując się do rejterady, w razie potrzeby. Jakoż nie omylił się cale w domysłach, bo wkrótce Tobiasz chwycił Wojewodzica za kark i prowadził do drzwi. Bartłomiej z wielką flegmą, bardzo naturalnie unikając tumultu drzwi otworzył. Ztąd kłótnia z Rupertem. W kwadrans sobolowa czapka Ruperta, była już na podłodze, Wojewodzic leżał potłuczony na gorzkie jabłko pod schodami, sam zaś Rupert nękał jeszcze tłustego Bartłomieja; kiedy Tobiasz uwolniwszy się już od Wojewodzica, przyszedł na pomoc Majstrowi, chwycił Ruperta i zrzucił go ze wschodów za Wojewodzicem. W tej przeprawie z wysokości na nizinę oba podróżni potłukli się należycie, i ruszyć się nie mogli. Rupert jęczał jakby go ćwiertowano, Wojewodzic stękał jak żelazo pod młotem. Bartłomiej zaś bardzo niezgrabnie dziękował swemu wybawicielowi, poprawując kapotę i pas, nadwerężony szamotaniem się.
— Gdybyś WMość nie nadszedł, byłby mi wydarł resztę włosów z głowy — no! proszę, tylko patrzaj Waszmość, oto — siniak — o! guz, o! a co tu włosów na ziemi, a wszystko z mojej głowy! umf!
— Bo, na co Waszeć, takich gości do domu przyjmujesz.
— Ale — bo to ja miałem, widzisz Jegomość, niektóre pieniężne widoki — ale teraz — ho! ho! ho! chyba mi się dobrze opłaci, to go tu puszczę — a inaczej nogą tu niepostanie — Wojewodzic zaś! ale — a gdzież P. Wojewodzic.
— Leży pod schodami.
— Um! szkoda! o! to bogaty człowiek — trzeba go było jakoś delikatnie.
— Dosyć delikatnie, potoczył się jak baryłka!