— Twojej fabryki zapewne? z przekąsem zawołał Tobiasz.
Rupert zbladł jak chusta, a Wojewodzic postąpił ku pytającemu z ręką na szpadzie — Co to się ma rozumieć? zapytał.
— To się rozumie — odpowiedział z zimną krwią Tobiasz, że Waszmość w tym domu jesteś niepotrzebny — kobieta, o której względy się starasz, gardzi tobą.
— Któż ci powiedział, śmiałku, że się staram o względy kobiety?
— Kto? twoje oczy — twoja mowa — twój gniew nakoniec. Rupert postąpił ku Wojewodzicowi i szepnął mu na ucho — Daj mu pokój — to zuch, zemścim się inaczej!
Majster Bartłomiej tymczasem widząc, że burza się zbierać zaczyna, gotował się, dla uspokojenia, cóś arcy-rozumnego powiedzieć i ozwał się nareście.
— Hm? Mości Panowie! na co ta kłótnia? czyli!
— A Waszmości co do tego, odpowiedział opryskliwy Wojewodzic.
— Mnie? — z podziwieniem i strachem beknął Bartłomiej — ach! prawda! przépraszam! jaki ja głupi! prawda, mnie nic do tego — Pan masz słuszność — i owszem, proszę się kłócić, już ja będę milczał.
Gdy się to dzieje, Hersylia znikła; a Rupert ufny w odwadze Wojewodzica, żywo kłócić się zaczął.