I zaciął siwego z całych sił, a Lebed szarpnął się do razów nieprzywykły i jak strzała go uniósł.
Gdy zniknął im z oczów, Julja padła na kanapkę. — Zobaczęż go kiedy? spytała Marji, nie odstręczyłażem go mojem trzpiotostwem? Co on myśli o mnie? Zechcesz on powrócić? O Marjo, Marjo! ratuj mnie, serce mi pęka. A Marja kołysała ją i pocieszała jak mogła; choć biedna sama też potrzebowała pociechy, choć cierpiała daleko więcej. Bo i ona go kochała, ale miłością bez nadziei, miłością, która podobna jest do stepu piasczystego, gdzie niema końca, niema rosy, niema źródła. W górze słońce co zajść niemoże, pod nogami fale piasku, i nic więcej — nic więcej. A ta miłość zrodzona nagle, odpychana, walczona, musiała pozostać na wieki w sercu, nie dojrzana oku, niepocieszona niczem, nie osłodzona nigdy.
Biednej sierocie i to cierpienie było szczęściem, bo kochać choćby bez jutra i przyszłości, zawsze jest najwyższem dobrem na ziemi. Jest to kielich goryczy, któren spragniony pije z roskoszą, bo wypiłby truciznę, tak go spaliło pragnienie.
Tak właśnie kochała w cichości Marja, której życie całe było pragnieniem, bez kropli rosy, bez ochłody...
Pół roku minęło. — Lecz jakie postępy zrobiło uczucie w dwóch sercach, w trzech sercach, które dla siebie biły zdaleka? Niewiem czy kiedy psychologowie zastanawiali się nad chodem namiętności, której przedmiot jest daleki oczom ciała, a przytomny duszy tylko. A jednak szczególniejsze objawiają się tu symptomata. Wszystko co zasiewamy w dusznym świecie naszym, rośnie i olbrzymieje; — przedmiot przywiązania także idealizuje się w nas, uskrzydla i pięknieje; często także na jawie potem ujrzawszy go, dziwim się, iż tak nam zbrzydł i zmalał. Kochankom po długiem niewidzeniu, gdy się długo oczyma tylko duszy widzieli, spotkać się, zobaczyć, częstokroć niebezpieczna. Któż zrównać potrafi ideałowi? —
Wygnaniec co lat kilkadziesiąt ukochanego kąta obraz miał w sercu, wróciwszy doń, znajduje wszystko zmalałem, skarlałem, upadłem. I kochanek często po roku niewidzenia, ustroiwszy kochankę swą w myśli wszystkiem co mu jego ideały dostarczyły, dziwi się nie widząc w niej tego, co się zobaczyć spodziewał.
Ileż to razy tak się z ludźmi dzieje. — Przykre odczarowanie to trwa tylko chwilę — obraz idealny zaciera się, niknie, porównanie staje się niepodobnem i znowu radziśmy rzeczywistości.
A! w duszy ludzkiej jakie jasne i wielkie życie. Ziarno co tam wpadnie, jak złocistym strzela kłosem, myśl posiana jak kwiecisto w niej buja. — Czemże ziemia z najkraśniejszą rzeczywistością swoją przy ideałach nadziemskich —? —
Człowiek nie jeden sprawy sobie niezdaje z tego przestrachu, jaki go obejmuje, gdy radośny, szczęśliwy wstępuje na próg, któren łzami wita — boi się — i niewie, że lęka się, by złoty ideał duszy w proch się mu nie rozsypał.
Był wieczór mroźny, wyiskrzony, jasny od śniegu i xiężyca, jednej z tych zim srogich, które nam po gorącem lecie przypominać się zdają, żeśmy północy mieszkańce. Na niebie czarnem xiężyc błyszczący, gwiazdy migotliwe i mleczna droga jak złocista gaza jakiegoś uciekłego bóstwa. — Na ziemi białe śniegu zaspy gdzieniegdzie podnoszące się ścianami dziwacznemi i zataczające po drodze — Głuche śmierci milczenie, wielki smentarz ziemia. Na białym całunie gdzieniegdzie sterczy jak krzyż na mogile, czarne drzewo, leży pasem las ciemny, dźwiga się szara budowla — migoczą pyły śniegowe, lśni się droga wyślizgana.