— Więc każę.

— Pierwszego lutego będzie wielki tańcujący wieczór u babuni, będziemy mieli cały nasz świat — prezesa.

— I prezesa — spytał Jan.

— A naturalnie.

— I podkomorzynę, i pannę Matyldę —

Mówiła machinalnie, a wciąż nieubłaganym wzrokiem wlewała w serce Jana, drżące i już zbolałe, nowa boleść, nowe żary, które go pół roku palić miały.

Żebyś zaś pan niezapomniał o przyrzeczeniu stawienia się za pół roku — ułamała gałąź dębową i odrywając liść podała go — oto zielone, które nosić przy sobie proszę pana. Na pierwszy lutego, do pierwszego mazura pana zapraszam. — I jeszcze podała mu rękę a l’anglaise, dłonie ich zadrżały konwulsyjnie, wszystka krew, całe życie spłynęły w tę dłoń szczęśliwą, która jej rączki dotknęła. I była chwila takiego uniesienia, że Julja nawet szyderski ust wyraz zmieniła; lecz to trwało oka mgnienie.

Do zobaczenia.

Jan nic nie odpowiedział, w głowie mu się przewróciło, spojrzał na Julję smutnie, długo, na Marję co go żegnała milcząca, rzucił się na koń i uciekł.

— Możeż ona kochać? mówił w drodze do siebie, ona szydzi tylko — ona tak obojętna, tak zimna! Lecz jak dłoń jej drżała w mojem ręku? Co mówiły jej czarodziejskie oczy! O! biedna głowo moja, o biedne serce — co się z wami dzieje. Julja, Marja — obiedwie! Jedna — sam niewiem, szaleję.