— Niby panna niesłyszy!

— Słyszę, ale zrozumieć nie mogę. — Babunia go przyjmuje, któż mu może wstępu do domu zabronić?

— Kto? a gdyby ja?

— Proszę pana prezesa, a jakimże to prawem?

— Prawem! patrzajcie ją! Stuknął laską, — co to panna ze mną prawować się myślisz? Do stu katów! panna wiesz, że co masz to z mojej łaski, co mieć możesz to moje tylko!

— Niechże będzie prezesa. — Wiem że reszta majątku, prócz Dąbrowej, obciążona jest długami p. starosty, nieboszczyka dziada; że mój wielki majątek, o którym tyle mówisz, winna być mam panu prezesowi; — lecz jeśli swoje dobrodziejstwa dla nas każesz babce płacić łzami, mnie niewolą — my się zrzekamy wszystkiego.

Prezes osłupiał i słowa rzec z razu niemógł.

— A bardzo dobrze! a bardzo dobrze! zakrzyczał wywracając krzesło, stół, filiżanki i wstając nagle — powiem to starościnie.

— Starościna wie o tem i zgadza się na to.

Niemożna odmalować złości, gniewu, wściekłości człowieka, który zwykły do despotycznej władzy nad tem, co go otaczało, ufny w swoje skarby sądził, że niemi panować będzie gdzie zechce.