Przerażona i siebie obwiniając tylko, przelękła, strapiona straciła głowę; lecz pierwsza na poświęcenie gotowa, postanowiła czekać wybuchu, a jeśliby nieomyliła się, powiedzieć Janowi, że nie może być jego, ani niczyją w świecie.
To wyznanie mogło jej życie kosztować, lecz naznaczyła je sobie jako karę, bo niestałość Jana przypisywała sobie biedna, sobie tylko.
Lecz cóż się działo w sercu Jana?
Serce przepaść! któż je pojmie, kto je wytłumaczy?
W pierwszych chwilach wahało się ono między Julją i Marją, długo, długo, aż przechyliło się na stronę pierwszej. — Teraz wracało do drugiej. Jan rozpaczał i kochał, szalał i powracał do Dąbrowej.
Zmieniony, wychudły, chory, obłąkany prawie, jak dnia sądnego lękał się przybycia Julji.
A czas leciał czwałem i wiosna już w całej krasie rozpięła zielone skrzydła nad ziemią. —
Któż odmaluje walki, modlitwy, łzy, rozpacz i wyrzuty, które sobie czyniła Marja. Czarne jej oczy dziwnym ogniem pałały — wybladła, zmieniła się, chodziła w pół tylko żywa...
A Jan posłuszny teraz więcej sercu swemu niż rozkazom, przyjeżdżał do Dąbrowej.
Raz był to ranek majowy, Marji nie było w salonie, Jan zszedł do ogrodu i zastał ją w jednej z ciemnych ulic bocznych.