Wszedł powoli, rzucił spojrzeniem spokojnem w zgromadzeniu i nieznacznie przedzierał się ku środkowi. Że się z nikim niewitał, że nikt na niego nie zwrócił uwagi, wniosła ztąd Julja, że i tu nie musi mieć znajomych. Naprzypadek spytała o niego Matyldy, ale Tysia (tak ją spieszczono zwano) przypatrzywszy się przez lornetkę, odpowiedziała — niewiem kto to taki.
Podkomorzyna nadchodząca, niesłychanie ciekawa kobieta, natychmiast poszła robić śledztwo, co jej z pomocą licznych związków i znajomości, najłatwiej przychodziło. Milczeniem każdy odpowiadał — Dowiemy się — a nikt nieznajomego naszego nieznał. Julka niecierpliwiła się.
Nieznacznie i jakby przypadkiem zbliżył się zagadkowy młodzieniec do krzesła, na którem nasze panny siedziały. — Julja niemyślała pierwsza go poznać, czekała żeby im się ukłonił, a czekała z biciem serca. Nieznajomy przywitał je, ale milcząco; zastanowił się trochę.
— A, i pan na balu? spytała go Julja.
— Bal na cel tak święty, jakżeby na nim nie być?
— Zapewne, przytem tu wszystkich znajomych zobaczyć można. —
— Ja — niemam znajomych. —
— Jakto? nikogo?
— Nikogo — bo za znajomego paniom, które dwa razy tylko przestraszyłem, liczyć się nie mogę. — Ale ja wolę być nieznajomym na takiem licznem zgromadzeniu, to daje zupełną swobodę. —
— Tak — zupełną swobodę nudzenia się — odpowiedziała Julja.