Podkomorzyna także niewidząc tajemniczego swego gościa, poszła się upewnić, czy Kazio zrobił co mu poleciła, a Kazio zaręczył, że nieznajomy tylko co był wyszedł i Mikita już miał rozkaz nie spuszczać go z oczów.
Bal przeciągnął się dosyć długo, ale z powodu bolu głowy Julji, podkomorzyna zmuszona była go opuścić nawet przed kolacją. Napróżno marszałek zaklinał łamiąc ręce i najpocieszniej w świecie swoje ananasy, pomarańcze, lody i cukry dla znęcenia wywoływał — odjechały.
Z wielkiem podziwieniem ciekawej matrony, na stancyi w miasteczku, gdzie rozbierać się miały przed odjazdem panie, znalazł się zaspany Mikita.
— A toż co? wróciłeś? spytała podkomorzyna — wszakże kazałam ci. —
— I pojechałem — odparł kozak.
— A cóżeś się dowiedział?
— Nic — rzekł tymże głosem Mikita.
— Gdzież się ten pan podział?
— A djabli go wiedzą. —
— Jakże?