— Widzę pani.
— Uważaj na niego, z oka go niespuść, gdy będzie wychodził, każ Mikicie kozakowi, żeby wsiadł na konia i jechał za nim dokąd on pojedzie. Niech dotrze do miejsca, żeby mi umiał powiedzieć, gdzie mieszka.
— Dobrze pani. —
— Pamiętajże, zrób jak ci mówiłam — a konie twoje każę wziąść na paszę do mojego stada.
Kuzynek który na dwóch chłopkach siedząc, wypasu nie miał, i dawno o tę łaskę się dopraszał, uszczęśliwiony że jego chabety utyją, wytrzeszczył oczy na nieznajomego.
Ten ze swego miejsca widział wszystko i uśmiechnął się tylko. W uśmiechu tym było coś boleśnego.
Po odejściu podkomorzynej, znowu się z Julją rozmowa poczęła. — Julja wprawdzie tańcowała w mazurze, ale że ten składał się z trzydziestu par, nieprędko na nię kolej przyjść miała. Ten trzydziesto-parowy mazur urządzony był przez samego marszałka, któren chciał we wszystkiem zaćmić sąsiednie miasteczko, gdzie ledwie dwanaście par w sali pomieścić się mogło.
Rozmowa, której powtarzać nie będziemy, przerywana to tańcem, to mieszającemi się do niej osobami obcemi, tak niepospolite zdradzała myśli i dobre wychowanie nieznajomego, że Julja co chwila bardziej zaciekawioną się nim czuła.
— Jednak, mówiła w duchu rozpieszczona, chcieć czegoś jak ja chcę, będąc piękną, młodą, bogatą i nie głupią, — chcieć żywo i nie módz dokazać — o! to bardzo upokarza. A chcę tak małej rzeczy! tak małej! wiedzieć tylko, kto on jest? Wezwana do koła w figurze Julja, powróciwszy na miejsce, nieznalazła już swojego nieznajomego i spojrzawszy po sali, nigdzie dopatrzyć go nie mogła. Nie ukontentowana, podraźniona, poczęła się skarżyć na gorąco, na ból głowy i widocznie okazywała, że ją zabawa ta nudzi.
Napróżno Marja prosiła i błagała, żeby choć udała wesołość, z którą tak naturalnie objawiała się przed chwilą; napróżno szeptała jej, że tysiące oczów na nią patrzy, — nic nie pomogło. —