— Przestrzegam panią, że gdyby się jej najszczęśliwiej udało — zawiodę jej zajęcie mną. Ani ja, ani nazwisko moje ciekawe nie jest — zresztą pani je znasz. —

— Ja je znam?

— Tak jest.

— Jakim sposobem?

— Przed kilkunastą laty — nieraz przeszło ono przez jej usta, teraz musiało się zatrzeć w pamięci. —

Podkomorzyną, której ciekawość zaostrzona była do najwyższego stopnia, podskakiwała nieznacznie na krzesełku, łamała głowę. — Julja poglądała z zajęciem na młodego człowieka, który całą rozmowę z panią podkomorzyną na wpół żartem prowadził.

Zostawując go u krzesła Julji, zamilkłszy zamyślona jakby od niechcenia podkomorzyna poszła w głąb sali. Tam w kąciku stał ubogi kuzynek w przerobionym fraku i kamizelce z siostrzynej sukni pozostałości zrobionej, przypatrując się tańcującym, do których nieśmiał się wmięszać, z powodu perkalowych rękawiczek.

— Kaziu! szepnęła mu na ucho.

— Co pani każe —

— Widzisz tego mężczyznę, co siedzi za Matyldą? —