— Tak — a pana nikt. —

— Zdaje mi się, nawet pani podkomorzyna.

— W istocie zręcznieś się pan wymknął kozakowi, którego za nim posłano.

— Nic nadto nie mogło być łatwiejszego. Widziałem jak dawano rozkazy panu Kazimirzowi, jak p. Kazimierz oddawał je Mikicie, a juściż zwyciężyć kozaka, nie wielka sztuka.

— Dla czegoż to okrywanie się tajemnicą.

— Powtarzam pani, ja wiele na tem zyskuję. — Zagadki zajmują. —

— Ale mi się zdaje, że czasem i straszyć mogą?

— Doprawdy? mógłżebym kogo sobą przestraszyć?

— Niewiem, ale mi się zdaje, że kiedy ktoś znając tych co go otaczają, sam przywdziewa na siebie maskę — jest w tem coś jakby walka nierówna. —

— Jestże walka? któżby chciał mną się tak dalece zajmować.