I gdy Jan pospiesznie odpisywał na list, bo wszystko w nim wrzało, Darski tym czasem krupnik swój zajadając, gawędał.
— Nieznałeś świętej, poczciwej a tak wcześnie zgasłej matki swojej. Daj ci Boże w życiu za towarzyszkę taką jak ona była. Aleciem jej nie szukał wysoko. Była córką ubogich, pracowitych ludzi. — Łzy mi płyną gdy ją wspomnę, choć dwadzieścia kilka lat jakeśmy się rozstali.
Tu starzec rzucił łyżkę i spuścił zasmucone poważne oblicze —
— Rozstali się na chwilę, ale połączym nazawsze. — Gdybym mógł skutecznie się modlić, o nic bym nie prosił Boga, tylko o taką żonę dla mojego Jasia. —
— Mój ojcze! — z zapałem podchwycił Jan, wierz mi, ja cię tak szanuję, tak kocham, że gdybym widział najwyższe szczęście w kobiecie, a tyś mi porzucić rozkazał — porzuciłbym.
— O! o! to za wiele — tak się waści zdaje — ale to znowu w twoim wieku za nadto wielka ofiara. — Cóżeś tam odpisał Jasiu?
— Że jutro będę się stawił. Poszlę dziś po mój powóz i konie i —
— I głupstwo zrobisz! wiesz co — tu nikt ani wie żeś bogaty, nie wydawaj się z tem póki cię nie spytają — kłamać, niech Bóg broni! ale ręczę, że się tego nie domyślają, a chwalić się nic do rzeczy. Na co ci powóz i konie — weźmiesz siwego, dam ci nowa kulbakę —
— Ale jakże? ubrany —?
— A czy to daleko?