— Prezesie zlituj się, zapominasz się, poniżasz sam.

— A więc go niewypędzisz pani?

— Ale to być niemoże.

— Więc moja noga tu niepostanie, póki on w tych stronach kręcić się będzie; a jeśli Boże uchowaj Julka — no! — nie potrzebuję wiele mówić. — Jestem jeszcze panem mojego majątku.

To powiedziawszy wstał i wyszedł.

Dla rozjaśnienia groźb, które prezes tak grubijańsko rzucał w oczy staruszce, dodać musimy, że bogactwo Julji i jej przyszłość całkiem prawie spoczywały na prezesie. — Ogromny, sknerstwem niesłychanem zebrany majątek testamentem był jej przekazany; na majętnościach starosty summy za życia jego pożyczone od prezesa ciężyły.

Prezes więc zagrażał starościnie i jej wnuczce zupełnem prawie ubóstwem.

Nie dziw więc, że babka rozpłakała się łzami rzewnemi po wyjściu jego.

Julka wyprawiwszy do ogrodu swoich gości z Marją, sama jakby przeczuwając potrzebę pocieszenia staruszki, wbiegła do jej pokoju. I zastała ją we łzach.

— Babciu! co to babuni!