— On! tobie prezesie.

— Tak w domu starościnej, jej krewnemu opiekunowi.

— To być nie może.

— Tak jest.

— Cóż mógł ci powiedzieć?

— Kazałem mu iść precz.

Starościna, łamiąc ręce powstała na krześle. — Prezesie, godziż się to?

— Co to godzi nie godzi, zrobiłem tak i kwita; — odpowiedział mi hardo, że niemam prawa, że

— Miał słuszność.

— On?