— Jednak, gdybyśmy mogły grzecznie, niehybiając, dać do zrozumienia Darskiemu, jużciż dla nieznajomego człowieka taki mieć kłopot i strapienie.

Julja zczerwieniała się, zmięszała.

— Jak chcesz babciu, rzekła, jak chcesz.

Starościna spojrzała na nią i postrzegła dwie wielkie łzy, które kręciły się w oczach dziewczęcia, jak dwie jasne perły.

Przelękła się. — Jakto — już! już! zawołała.

Nic nie mówiąc głowę skryła Julja na kolanach babki, która przelękła, poruszona, słowa więcej w ustach znaleść niemogła.

— O mój Boże, odezwała się nareście, otoż to moja niedołężna starość, dopuścić do tego, żeby pierwszy nieznajomy, Bóg wie kto, zawracał głowę dziecku najdroższemu...

Upamiętała się Julka i po cichu rzekła:

— Głowy mi nie zawrócił, — ale czuję, że gdybym go nigdy, nigdy zobaczyć nie miała, na całe życie smutną — może nieszczęśliwą bym była. Ja go nie kocham jeszcze, ale niewiem, niewiem — coś mnie pociąga.

— Cicho! cicho! na miłość Bożą, cicho! a nuż kto posłyszy! dziecko moje! zlituj się nademną! kara Boża! kara Boża. —