Jednę miał dobrą chwilę w życiu, tę w której na cnotach matki twojej się poznał — niemogę gniewać się na niego, że mści się na mnie za nią — ja po niej dotąd płaczę. Każdy tak kocha jak umie — on przedłuża swe przywiązanie zemstą, ja łzami.

— Ale — dodał starzec — ty tam więcej nie będziesz.

Jan zdziwiony ust nie otworzył.

— Niechcę i zakazuję ci tego, dla chwilowego i jeszcze nierozwiniętego kaprysu dla kobiety, jakich tysiące po świecie może — wnosić w dom niepokój, w rodzinę poróżnienie, może łzy, żal — niezliczone strapienia i skryte boleści — niegodzi się — niegodzi. Znam prezesa, wiem okoliczności w jakich zostaje starościna; cały majątek wielki, którego spodziewać się może Julja, w prezesa jest rękach. Zapisał go, ale może odebrać. Staruszka tegoby nie przeżyła, a przy gwałtowności tego człowieka dla fraszki gotów to zrobić.

— Alboż ja chcę bogactw — ja kocham Julję —

— Już ją kochasz? Janie! Janie! nie profanuj tego słowa, lada miłostek nim nie zwać, bo na święte uczucie potem wyrazu ci nie stanie. — Mówiłeś mi wczoraj — gdy ci rozkażę, porzucisz. W żadnym innym razie nie rozkazywałbym ci nigdy — tu muszę. —

Jan spuścił głowę.

— Ojcze — spytał — miałżebyś odwagę rozkazać mi. Ty wiesz, ja nigdy nie kochałem jeszcze, ale teraz czuję, że ją kocham i czuję że na zawsze. — To nie jest przechodzące uczucie, to właśnie ta święta miłość, o której mówisz. — Bez niej niema dla mnie życia.

— Mój Boże — tak się zapalić od jednego wejrzenia.

— Znam ją, jak gdybym żył z nią wieki, każdą jej myśl czytam w oczach, rozumiem każdy wyraz niewymówiony, co się w jej ustach zatrzymał.