Nie poddałem się zrazu woli Ojca Świętego, podziękowałem i odszedłem. Nazajutrz kilku innych kandydatów przyniosłem papieżowi, nie biorąc słów jego za rozkaz stanowczy. Tamtych nie znam — rzekł mi — a ciebie od lat wielu. Teologii ci dodadzą scholastycy twoi, kanonicy i kapituła, a serce i wolę ty im zaniesiesz. Idź, mówię ci, wzywam w Imię Tego, którego jestem następcą na ziemi.
Opierałem się długo jeszcze. Rzekł mi Ojciec Święty, że u grobu świętych apostołów Piotra i Pawła pójdzie o natchnienie się modlić, abym i ja na mszy w krypcie był. Posłusznym byłem. Po ofierze świętej przyszedł do mnie jeszcze w sukniach, w których u ołtarza stał, nie zrzucając ich, i położył mi jedną rękę na głowie, drugą na ramieniu — mówiąc: „Idź! Wysyłam cię i błogosławię. Idź! Rozkazuję ci!”
Takem wreszcie ulec musiał i oto mnie widzicie ze drżeniem idącego na stanowisko moje.
Ojciec Wincenty słuchał z żywym przejęciem się i łzami na oczach.
— Wola boża w tym jest — rzekł — a ja się szczególniej cieszę, że się ona teraz objawiła, bo przyniesiecie prędką pociechę panu naszemu, a mnie uwolnicie od obowiązku ciężkiego podróży do Rzymu.
Świnka zbliżył się ku niemu ciekawie.
— Tak jest — kończył kanclerz — pan nasz Przemysław, który wielce boleje nad tym, iż od tak dawna stoi osieroconą ta stolica, wysyłał mnie o to z listami i prośbą do Ojca Świętego, aby co rychlej ją obsadzić raczył.
— A miałże kogo na myśli? — zapytał Świnka.
— Nie. Oto są listy, patrzcie i czytajcie. Ziściły się życzenia jego, pragnął męża silnej woli, a takiego w was Bóg mu daje.
Świnka zadumany ręce załamał.