— O, dziwne losu zrządzenie! — zawołał. — Jest temu lat około dziesięciu, gdym na dworze książęcym bawił. Był podówczas ów pobożny, istnie świętej pamięci pan kaliski, książę Bolesław. U stołu mowa się wzięła o ziemi tej i jej losach. Ktoś, nie pomnę, rzekł, że znowu ją pod jedną koronę na głowie Przemysława zjednoczyć potrzeba. Jam to powiedział czy inny, nie pomnę, a książę dodał, iż chyba ja, arcybiskupem zostawszy, koronę mu tę włożę na skronie. Patrzcież, jak najnieprawdopodobniejsza rzecz, dziś już na pół możliwą się stała, gdym ja, prosty miles132, wyszedł na to dostojeństwo, o którym nigdy nie marzył!
— Bogdajby tak i reszta przepowieści ziścić się mogła! — szepnął kanclerz. — Że myśl o jedynym królestwie trwa stale w myśli pana naszego, ja o tym wiem najlepiej. Potrzeba powagi i władzy świeckiej jednej nad tymi niesfornymi książęty, jak w Kościele — metropolitalnej nad nimi.
— Ojcze mój — przerwał Świnka z zapałem młodzieńczym człowieka, który jeszcze się nie starł z rzeczywistością i myśl w sobie żywi nie widząc przeszkód, jakie jej ziszczenie utrudnić mogą — ojcze mój, w Kościele naszym i w kraju naszym, w obyczaju, wiele jest do czynienia! Ładu nie mamy. Sami nie wiemy, czym jesteśmy. Niemcami na pół czy Słowiany? Wiem, jako król Ottokar133 skarżył się, iż mnisi obcy Czechy i Polskę zalewają, którzy języka tych ziem nie znają. Wyświęci się li kto z naszych, ślą go Niemcy tam, gdzie się na nic nie zdał, bo rozmówić się nawet nie zdoła. Klasztory, co taką pomocą byłyby duchowieństwu świeckiemu, są jako wyspy na morzu, żyją sobie same. Duchowieństwo wiejskie z dala od przełożonych nie kapłański żywot prowadzi. Wszystko trzeba w kluby ująć134, wiele naprawić, a to ciężkie pensum135 Bóg złożył na ramiona prostego ziemianina, żołnierza, dobrej woli, ale nieuka i niezdolnego. Jakże się nie mam lękać, czy ja potrafię sprostać temu, czemu świątobliwi poprzednicy moi nie podołali?
Mowa ta poruszyła mocniej jeszcze kanclerza.
— Nie zapominajcież — rzekł poważnie — że większe Bóg cuda czynił z ludźmi, bo na apostołów powoływał celników i rybaków, prostaczków, a nie mędrców ze szkoły i nie uczonych znad ksiąg. Wy macie wszystko, co mieć potrzeba, gdy jasno widzicie, czego nam braknie. Radować się więc i dziękować Bogu! Hosanna!
— A mnie z pokorą i poświęceniem iść tą drogą ciernistą — rzekł Świnka — bo że ona różami nie będzie usłana, wiem zawczasu. Nienawiść książąt, przeciw którym wystąpić muszę, niechęć duchownych, których na drogę lepszą zwrócić potrzeba, nieprzyjaźń Niemców, od których się bronić należy, wszystko to mnie czeka!
Przeżegnał się Świnka i dodał, rękę wyciągając do kanclerza.
— Liczę na pomoc waszą, na duchowieństwa czoło, że mnie nie opuści i podeprze.
Gdy to mówili, proboszcz, dosyć wylękły starowina, na stole sam z czeladzią przysposabiał posiłek wieczorny, ubogi, bo go na inny nie stało. Zastawiono misy z rybami, kaszę, grzyby, chleb i co Bóg dał pod ubogą strzechą. Świnka wstał i zbliżył się do stołu, prosząc kanclerza, aby go pobłogosławił. Gospodarz, ręce na piersiach złożywszy, wymawiał się, iż tak biednie arcypasterza przyjmuje.
— Gdybym był zawczasu wiedział — rzekł — posłałbym rybaków sieci zarzucić, może by co lepszego złowić się udało.