— Rozkazu nie dawał — odparł Ząb. — Nieprawda! Rozpaczał, gdy się to stało. Mina przed pomstą jego natychmiast uchodzić musiała, o mało ją nie zabił.

Zaręba śmiał się szydersko.

— A! Tak, tak! — dodał. — Powiesz mi, że i pogrzeb kazał sprawić okazały i sam na nim był! To ja wiem przecie, bo choć wy mnie nie widzieliście, patrzałem sam na to. Krok w krok za nim chodzę.

— Aż póki ułapiwszy cię, stracić nie dadzą — dokończył Ząb.

— Kto kogo da stracić, to jeszcze nie wiadomo — odezwał się Michno obojętnie. — Ja cię pytam o co innego. Jak do zabójstwa przyszło? Kto mu radził? Kto pomagał?

— Nie wiem nic!

— Tchórz jesteś albo zły człek — począł gwałtownie Zaręba, nie puszczając go, choć się wyrywał. — Po zabójstwie kto przy nim był?

— Widziałem tylko księdza Teodoryka.

— Wiernego służkę i pochlebcę — dorzucił Zaręba. — Ten też pewnie zawczasu wiedział o wszystkim!

Ząb, na którego mimo zimna poty biły ze strachu, wyrwał się wreszcie z rąk przyjaciela. Drudzy też, których po kątach łapał, nie mieli wielkiej ochoty z nim rozmawiać. Błądził tak przez wieczór cały, a w ostatku, kilku podpiłych ściągnąwszy, wyszedł z nimi do miasta. Z tymi starał się bliższe zawiązać stosunki, co mu się w części udało, ale nazajutrz z ust do ust chodziła po cichu wieść o zuchwałym chłopie, którego kilku widziało.