Z rana ksiądz Teodoryk wszedł do księcia, dając mu znak, że chce z nim mówić na osobności. Od śmierci żony książę obawiał się o siebie i miał na ostrożności. Lektor też lękał się zemsty, o której głuche chodziły wieści, że ją gotowali jacyś Lukierdy powinowaci czy przyjaciele. Z pewnymi zastrzeżeniami ksiądz Teodoryk uwiadomił Przemysława, iż wypadkiem wpadł na poszlak o przechowywaniu się Zaręby na zamku i o porozumieniu jego z kasztelanem Sędziwojem.

Przemysław zrazu zaprzeczał temu, wierzyć nie chciał, potem namyśliwszy się, dowódcy straży, którą z sobą przywiódł z Poznania, kazał strzec wrót i nie oddalać się od zamku. Sędziwój, którego to uderzyło, bo stało się nagle i z wyłączeniem załogi, pobiegł niespokojny do księcia, którego znalazł nachmurzonym i gniewnym. Zwrócił się do kasztelana żywo Przemysław, zaledwie zobaczywszy go u progu.

— Wiem o tym — rzekł do niego — że ten niepoczciwiec, który dawno na śmierć zasłużył, Michno Zaręba był wczoraj na zamku. Okazywał się jawnie, urągając mojemu gniewowi, a wy nie wiedzieliścież o tym?

— Nie wiem — odparł kasztelan bledniejąc. — Na zamku wczoraj były tłumy, nie mogłem widzieć wszystkich. Wcisnął się może zuchwalec.

— Szukać go każcie, chwytać — dodał książę. — Głową mi swą odpowiadacie za bezpieczeństwo! Zaręba nie był tu pewnie bez złej myśli. To druh wasz dawny!

Kasztelan żachnął się.

— Nieprzyjaciel pana mojego — zawołał — przyjacielem moim być nie może! Wasza Miłość krzywdę mi czynicie! Posądzacie mnie.

Przemysław nie mógł się pohamować w gniewie.

— Kasztelanie — rzekł — nie posądzam was, ale wiem, że żal macie do mnie. Niewiele polegam na was!

— Nie miałem nigdy ani wiary, ani łaski u Miłości Waszej! — wybuchnął Sędziwój. — Ja też to wiem z dawna. Za me usługi wierne coś mi więcej należało niż zamek kaliski!