— Wasza Miłość możecie łatwo dostać zamek kaliski, byleś rękę wyciągnął. Znam Sędziwoja, który tam kasztelanem jest, iż z nim się ułożyć będzie można.
Posłyszawszy to, Henryk okazał żywsze nieco zajęcie. Rozpytywać zaczął o Sędziwoja. Odprawił Zarębę. Przywołać go kazał raz drugi i Michno wyruszył na ową do Kalisza wyprawę. Wrócił z niej z najlepszymi nadziejami, a wkrótce potem i przyobiecany Sędziwój we Wrocławiu się zjawił. Sam książę potajemnie wiódł z nim układy. Przygotowania do opanowania grodu potrwały kilka miesięcy.
W końcu września następnego roku, Przemysław znajdował się na zamku swym w Poznaniu. Żył teraz dosyć odosobniony od śmierci Lukierdy, posępny, a ksiądz Teodoryk, który go zabawiał, czytał mu, rozrywał, coraz był w większych łaskach.
Na zamku wiele się zmieniło. Książę usiłował wspomnień dojmujących zatrzeć ślady. Izby, w których zbrodnia dokonaną została, przerobiono zupełnie, oddano je na pomieszczenie dworu, a inne, wspanialsze, odnowione, gotowano dla przyszłej żony księcia, o której już naówczas mówiono, iż książę powinien się o nią był starać. Młody, w sile wieku, aby nie znijść bezpotomnie, musiał szukać towarzyszki. Świnka, lękając się, aby do swawoli nie wrócił, nalegał. I on, i ksiądz Teodoryk ciągle to książęciu przypominali. Przemysław ociągał się z jakąś zabobonną obawą.
Wieść o gwałtownej śmierci Lukierdy tak była rozpowszechnioną, iż wielu odstręczała od niego. Po różnych dworach próbowano starać się o księżniczki, których odmawiano. W ciągu krótkiego czasu krwawa przygoda urosła w legendę, zmieniła się w pieśń, którą publicznie po kraju śpiewano. Weszło to było w wiarę powszechną, iż książę mord żony nakazał. W pieśni żałosnej, którą nuciły niewiasty, Lukierda prosiła męża, aby jej życie darował, by jej powrócić do swoich, choć w jednym gźle, boso pozwolił. Okrutny Przemysław skazywał ją na śmierć, a śpiew, łzy wyciskając, wzmagał niechęć przeciwko niemu. Powtarzania tych pieśni niepodobna było zakazać. Nucili ją po gospodach publicznych gęślarze, niewiasty uczyły się i roznosiły. Wprędce rozpowszechniła się tak, że z tęskną jej nutą nieraz dwór książęcy w podróżach się spotykał.
Chociaż na zamku komnaty, w których Lukierda życie skończyła, przebudowane były i przez dwór zajęte, powiadano, że nocami ukazywał się tam cień zabitej w białej sukni, z włosami rozpuszczonymi, z głową na piersi zwieszoną, załamanymi rękami, błądzący po izbach i podwórzu między zamkiem a kościołem. Sam książę słyszał o tym i strach go ogarniał taki, iż w nocy wychylić się sam wahał z komnaty. Duchowni doradzali pobożne dary i fundacje. Jakoż w miesiącu grudniu, zaraz po zgonie Lukierdy, Przemysław założył i wyposażył wsiami bogato klasztor dominikanek.
Nie uspokoiło go to jednak. W sumieniu swym cierpiał. Ksiądz Teodoryk jako ostatnie lekarstwo ożenienie zalecał. Wzięto się do przerabiania zamku, a sługi, które do morderstwa należały, precz wysłano. Bertocha, dręczona zgryzotami, wkrótce zapiła się i zmarła.
W poszukiwaniach nadaremnych żony dla księcia sięgnąć musiano aż do dalekiej Szwecji po córkę Waldemara króla, który w wojnie był z braćmi, spowodowanej rozpustą i swawolą. Mszczono się na nim za uwiedzioną siostrę żony. Księżniczka Ryksa, córka Waldemara, łatwą była do pozyskania, bo nie miała wyposażenia, a ojciec, zagrożony strąceniem z tronu, nie miał już nawet stałej stolicy i po kraju się błąkał. Mówiono więc o poselstwie do Szwecji, a Przemysław choć uległ Śwince i godził się na to, zwłóczył je i odkładał przez jakąś dziwną obawę.
Smutne było życie na tym zamku, nad którym jeszcze cień nieszczęśliwej pani ulatywać się zdawał. Książę stąd często się wyrywał do Gniezna, w towarzystwie arcybiskupa jedyną znajdując pociechę. Łowy go nie bawiły, turnieje na zamku zaniedbane zostały.
Jednego z chmurnych i smętnych wieczorów wrześniowych, o niezwykłej godzinie, gdy książę sam z księdzem Teodorykiem w komorze swej odpoczywał, zjawił się Tomisław, dopraszając posłuchania. Żądanie to w porze spóźnionej zaniepokoiło Przemysława. Wpuszczony wojewoda był blady i poruszony.