— Ze złą wieścią przybywam — odezwał się, nie osłaniając i nie szczędząc księcia. — Sędziwój nas zdradził, zamek kaliski zdał księciu Henrykowi wrocławskiemu.
Książę stał chwilę jak przybity.
— Sędziwój! Henryk! — począł niewyraźnie. — Skąd wieść?
— Miasto się nie dało opanować, obroniono je pono — dodał Tomisław. — Są ludzie, co stamtąd zbiegli.
Spojrzał na pana, który się nie odzywał, okazując tylko wzruszenie wielkie. Nagle Przemysław podniósł głowę i zawołał głosem silnym:
— Ludzi zwołać! Idziemy na Kalisz! Wszystkimi siłami. Ja sam poprowadzę!
Zabrakło mu tchu na chwilę.
— Ani godziny nie traćcie! — dorzucił prędko. — Natychmiast gońców słać na wszystkie strony! Idziemy jutro! Poszedłbym dziś, gdyby można!
Tomisław potwierdził potrzebę prędkiego działania. Wydawać zaczęto rozkazy natychmiast. Książę budził w sobie otuchę, ale i w nim, i w wojewodzie nie było wielkiej nadziei odzyskania Kalisza.
Drugiego dnia już dowiedziano się, że zamek był silną opatrzony załogą i do oblężenia spodziewanego przygotowany. Klęska ta miała tylko dobrą stronę, że Przemysława z odrętwienia wywiodła, zmusiła do wojny, do zapomnienia, co mu na sercu leżało. Gdy w kilka dni potem ściągnięte siły pod wodzą Tomisława i samego książęcia na Kalisz szły, w twarzy Przemysława widać było gorączkowe walki pragnienie i zapał rycerski. Naglił, wydawał rozkazy, sam wszystkim się chciał zajmować.