Niemcy, widząc, że nie ujdą z życiem, bronili się rozpaczliwie. Dzień cały bez przerwy ponawiano napady daremnie, Tomisław błagał, książę go nie słuchał. Co było najprzedniejszego rycerstwa, padło w tej walce nierównej z kłodami i kamieniami, nie z ludźmi. Przemysław w potłuczonej zbroi, ranny, rozpaczający, już nocą prawie ledwie się dał odciągnąć od murów. Niemal gwałtem porwano go stamtąd oznajmując, iż arcybiskup z Gniezna przybył i w namiocie nań czekał, powołując go do siebie.

Był to jedyny człowiek, którego głosu mógł książę w tym stanie ducha usłuchać. Poległych rycerzy trupy, odparte szturmy, upokorzenie — odejmowały mu przytomność. Na pół umarły od tego bólu, dał się wieść bezsilny i nieszczęśliwy. W namiocie oczekiwał nań Świnka.

— Ojcze! — zawołał, ujrzawszy go, książę. — Pomsta boża nade mną! Kaliski zamek, stryja mojego stolica, którą otrzymałem w spuściżnie, w rękach obcych! Kalisz! Rycerstwo moje najlepsze leży trupem, a ja nie umarłem!

Arcybiskup przeżegnał go.

— Bóg tak chciał — rzekł spokojnie — kara to, próba czy napomnienie, nie wiem, ale wyrok, któremu się poddać potrzeba!

— Nie odstąpię stąd! Raczej zginę! — począł Przemysław.

Arcybiskup rękę mu położył na ramieniu.

— Pokój z tobą! — rzekł. — Pokój z tobą! Ja ci przynoszę go, Henryk do mnie przysłał; Kalisz ci powróci za kawałek ziemi mniej cenny a jemu przyległy.

— Nigdy! — odparł książę.

Arcybiskup na próżno go skłonić usiłował. Książę nazajutrz nakazał szturm nowy.