— Michno! — wołano z góry.

— Jestem tu! Przekup stróżów! Odarli mnie, marznę... Próbuj, co można, bo żywym stąd nie puszczą.

— Straż u drzwi mocna, ludziom zagrożono.

— Póki wesele trwa, póty życia mego... Ratuj, Pawłek, bo zginąć przyjdzie!

Nałęcz coś szepnął, w otworze znowu błysło światełko; odszedł. Na trzeci dzień po wzięciu Zaręby kasztelan dopiero oznajmił Przemysławowi, że niepoczciwego Michna ujęto i trzymano w ciemnicy.

Książę odparł krótko:

— Zdrajca jawny, sprawić mu, na co zasłużył.

— Byłbym go dał ściąć — rzekł kasztelan — lecz czasu wesela nie godziło się krwi przelewać.

Przemysław nie odpowiadał nic.

Trzeci dopiero dzień na zamku mieszkała pani młoda, a ledwie poznać było można, iż obcą była. Poczynała sobie ze wszystkimi tak śmiało, iż nikt nie ważył się jej przeciwić. Właśnie kasztelan miał odejść z wyrokiem śmierci na Zarębę, gdy zasłona we drzwiach uchyliła się i młoda księżna weszła. Wtargnęła tu jak pani, z twarzą wesołą, z ustami dumnie podniesionymi, strojna, pyszna, niemal zuchwała. Na widok jej Przemysław zmięszał się i krok zrobił ku niej.