Brwi Ryksy się ściągnęły, drgnęła.
— A wy, coście tu panem, dopuściliście...
Przemysław rozpostarł ręce:
— Tak — rzekł — winienem, choć niewinny jestem. Ale na Chrystusa przysięgam, ja nie dawałem rozkazu, ja nie wiedziałem o zabójstwie.
— Nieszczęśliwa, słaba, bojaźliwa niewiasta! — odezwała się Ryksa. — Ja... ja inną byłabym na jej miejscu.
Przemysław spojrzał na nią. Stała nieulękniona, smutna tylko.
— Na jej miejscu, ja bym te sprośne baby dała potracić. Sługi! Niewolnice! Żeby śmiały targać się na mnie?! Nie mówcie mi, żeście niewinni! Na coście jej dali i trzymali takie sługi? Przemysław powtórzył bezmyślnie:
— Nie winienem!
— Winniście — odparła Ryksa — bo na waszym zamku, pod bokiem pana, nic się stać nie powinno bez jego woli!
Milczeli oboje. Ryksa białą ręką pogładziła włosy złote, ustąpiła kilka kroków i na ławie przysiadła.