Rozmowa, którą on miał za skończoną, dla niej była dopiero poczęta. Nie zważała na to, że mąż zbyć się jej chciał widocznie.

— Tak, wy winniście — dodała — ale winna i ona! W jej miejscu Ryksa królewna postąpiłaby inaczej!

Spojrzeli na siebie, młoda pani rąbek, który twarz jej dokoła otaczał, wzięła w ząbki białe i gryzła go nimi.

— Wiem więc wszystko, jak było — rzekła — a widzicie, że się jej losu nie boję. Jestem córką ojca, co nawykł wojować z rodziną, jam gotowa z własnym domem. Mnie te sługi nie zabiją, bo ja je za jedno zuchwałe spojrzenie zabijać każę. A zechcesz mieć miłośnice, nie powiem nic! Ale tego niechlujstwa żeby mi na zamku nie było! Do chlewów z tym brudem!

Książę słuchał jej milczący. Wstała powoli z ławy.

— Tak! Tak! — zamruczała. — Prawdą jest wszystko, co pieśń mówi! Nieszczęśliwą zamęczyli! Ludzie mówią, żem ja do niej podobna. To być nie może... Ja czuję w sobie, że nie dałabym się, jak w sidła złapane ptaszę, udusić! Nie!

Przemysławowi dolegało już to powtarzanie i, zwracając się ku niej, rzekł chcąc zakończyć rozmowę:

— Tak... była sama sobie winną... i jam winien był; najwinniejsze te baby przeklęte! Ale dziś to niepowetowane sprawy! Nakazałem modlitwy, zakupiłem nabożeństwa, uspokoiłem sumienie... Nie mówcie o tym, nie jątrzcie rany!

Ryksa popatrzała nań.

— Między nami tajemnic być nie powinno — odezwała się z powagą. — Jam tu nie żadna miłośnica, ale córka królewska i żona, której przystało powiedzieć, co na sercu miała... a iść krokami pewnymi... Po com taić miała! Ja się nie boję nikogo!