Z uspokojoną nieco twarzą książę się do niej przybliżył.

— Dość tego! — rzekł. — Chcę wiedzieć tylko, kto śmiał do uszu waszych przynieść te...

— Żebyś go ukarał? — przerwała Ryksa. — Karz-że wszystkich, co pieśń tę śpiewają.

Zżymnął się książę.

— Ludzie ci niewdzięczni — odezwał się — nienawidzą mnie. Ale któż ci te pieśni tłumaczył?

Ryksa uśmiechnęła się.

— Kto? Chodziłam po zamku — odparła — usłyszałam głos spod ziemi. Kto wie? Może od jej grobu?

Książę przeżegnał się z przestrachem, po twarzy Ryksy przebiegło jakieś drgnięcie szyderskie. Widząc trwogę męża, ulitowała się w końcu nad nim. Jakby się do wyjścia przysposabiała, ściągnęła suknię.

— Macie dość tej rozmowy — dodała. — Przerwijmy ją. Ja wiem, com potrzebowała z ust waszych usłyszeć, i wy dowiedzieliście się, że drugą taką, jak ona, nie będę. To dość!

Przemysław, jakby już słuchać nie chciał, kaftan, który miał na sobie, począł gwałtownie ściągać. Oczy mu dziko błyszczały, mruczał coś niewyraźnie.