Zaraz też odsunęła się okienniczka w niskiej ścianie, przez którą światełko błysnęło i głowa ludzka. Był to Michno sam, ciekaw, kto mu takiego dnia mógł przybyć w gościnę. Gdy się opowiedzieli, rad bardzo naprzeciw pospieszył do progu.

Konie powiódł niemowa do stajni, a oni szli do chaty, w której świeciło i gdzie Michno w łosiowym kaftanie i spodniach czekał na nich.

— Czyście się zabłąkali?! — zawołał. — Dziś nikogom się nie spodziewał, co najprędzej jutro; wszyscy ciekawi pojechali onego nowego króla oglądać!

— My też stamtąd wracamy — rzekł krótko Zebro.

To mówiąc, przez otwarte drzwi do izby weszli, jak loch niskiej, ale bardzo przestronnej. Zaręba zmuszony często tu przebywać, przystroił ją, jak umiał najlepiej, wojłokami191 powyścielał, skórami wyłożył, zbrojami obwiesił i jakby na najczyściejszym dworze u ziemianina, pięknie w niej było. Świeciła broń, tarcze, miecze i noże porozwieszane. Nie brakło nawet gęśli na jednej ścianie, bo na niej Zaręba czasem grywał. U ściany jednej gorzało prawie nigdy nie wygasające ognisko, przy której dziewczę z kosami192 długimi teraz coś prażyło dla pana, ale obcych posłyszawszy, natychmiast się skryło.

Zebro i Niechluj, którzy tu nie bywali, choć o Barciach wiedzieli, rozpatrywali się ciekawie i dziwili. Postrzegłszy to, Michno zawołał:

— Co się to wam osobliwym wydaje, że ów dworzanin stary, który u króla już powinien był się podczaszostwa albo podkomorstwa dosłużyć, pod ziemią się kryć musi jak borsuk w jamie? Taka dola wiernych sług, co prawdę panom mówią.

Niechluj głową ruszył dwuznacznie.

— Nie mówcie mi, żem ja na to zasłużył — dodał z gorączką, która w nim nigdy nie wystygała, Michno. — Pokutuję za to, żem za biedną męczennicą ujmował i złego nie mógł ścierpieć.

— Ale... ale... — odezwał się Zebro na przyzbie, która wkoło ściany obiegała, przysiadłszy. — Mówią ludzie, żeście wy tę panią nadto miłowali, a ona was.