Zaręba skoczył.

— Łgą193 jak psy ci, co to szczekają! — krzyknął. — Szanowałem ją jako panią, litowałem się nad nieszczęśliwą. Łgą, bo to była święta niewiasta!

Nie wznowiono o tym więcej rozmowy, uspokoił się Zaręba. — Hę? — zapytał spocząwszy. — Z Gniezna powracacie? Cóż? Dali mu koronę włożyć? Nie stało się nic?

— A cóż się stać mogło? — spytał Niechluj.

Zaręba się śmiał.

— Mogło się co przytrafić — rzekł szydersko. — No... raz, drugi i trzeci się nie powiodło, a kiedyś udać się musi! Niech się cieszą, niedługo tego będzie!

Wtem Zebro, spluwając, wtrącił:

— Zbieracie wy się na niego, odgrażacie lat siła194; mnie się widzi, że z tego nic nie będzie.

Gospodarz odwrócił się od ognia, do którego przykładał łuczywa.

— A ja wam się klnę, że będzie! — zawołał uroczyście. — Nam samym dokonać niełatwo było. Zdrajców się znalazło wielu, donosili mu, miał się na ostrożności. Po drogach przodem wysyłali, lasy trzęśli, bez straży dobrej na krok nie ruszał. Teraz, niechaj się ubezpieczy, znajdziemy go.