Przemko się zasępił i obrócił ku swemu wojewodzie.
— Mówcież wy za mną! — zawołał. — Mówcie wy!
Wojewoda podszedł krok ku księciu Bolesławowi.
— Miłościwy Panie! — odezwał się. — Naszemu młodemu księciu czas by siły spróbować i trudno nam go utrzymać, rwie się strasznie!
— Ale nie pora dlań jeszcze! Nie pora! — rzekł książę Bolesław spokojnie. — Kiedy czas ma być, mnie do sądu zostawcie! Jednego jego mamy! — I poszedł Przemka uścisnąć.
— Stryju miłościwy! Puść! Puść mnie! Wrócimy cali. Przedpełk mi za kuma do tego chrztu krwi służyć będzie. Mąż jest doświadczony.
— Nie przeczę — zawołał książę — ale i ja w kumy nie gorszym od niego!
Wojewoda cofnął się, schylając głowę.
— Ja bo sam chciałem cię w pole prowadzić, gdyby nie ta nieszczęsna zimnica — mówił stary. — A! W poręż ona mnie złapała! W porę! Tymczasem Sasy i Branderburgi okopują się, pale biją, zamki klecą, a coraz mocniejsi się stają. Dać się im tu osiedzieć, później trudno będzie wykurzyć! Ze spoczynku korzystają, a tu pasza, a tu ludek wypoczęty!
— Skińcież tylko! Pozwólcie, na miłego Boga! My z wojewodą ruszym jutro!