Na to właśnie wszedł Jan, zwany Janko, kasztelan kaliski, poufny ksiącia, przyboczny sługa i przyjaciel, mąż jak on niemłody, ale zawiędły, krzepki, twarz spalona, aż brunatna, w marszczkach cała, włos przerzedzony, ramiona szerokie, pierś duża, nogi krótkie i jakby przegięte od konia. Odzież miał domową, prostą, jak książę, dlatego może kwaśno się oglądał po strojnym dworze młodego pana.
— W porę mi przychodzisz — zwrócił się do niego Bolesław — ty, stary mój! Pomożesz mi! Ten młokos, patrzaj go, wyrywa mi się. Słyszysz? Chce mu się Santoka!
Janko zadumany spojrzał na Przemka i na wojewodę, ale co miał wziąć stronę swego pana, ramionami ruszył.
— Ano — zamruczał — książę pan zostałbyś z zimnicą doma, a my, z księciem młodym i wojewodą ruszylibyśmy Sasów nastraszyć. Czemu nie?
— To i ty, niegodziwy zdrajco, przeciwko mnie?! — rozśmiał się zafrasowany książę.
Skłonił się kasztelan.
— Wasza Miłość przebaczy, staremu słudze wydaje się, że to by było niezgorzej.
— Beze mnie się obchodzić! — dodał książę.
— Z Waszą Miłością byłoby nam lepiej — odezwał się prawdomówny przyjaciel — toć pewna. Ale jak nam książę pojedziesz słaby, a będziemy go musieli w drodze strzec, to nas Niemcy strzepią.
Książę Bolesław obejrzał się dokoła, a wojewoda poznański dodał: